AI a prawa autorskie – czy grafiki, logo i treści wygenerowane przez sztuczną inteligencję są chronione?

1 dzień temu

AI a prawa autorskie – czy grafiki, logo i treści wygenerowane przez sztuczną inteligencję są chronione? To pytanie wraca dziś regularnie: skoro coś zostało wygenerowane przez AI, to czy w ogóle może być chronione prawem autorskim?

Intuicja wielu osób jest prosta: nie, bo utwór musi być stworzony przez człowieka. I rzeczywiście – to jest dobry punkt wyjścia. Problem w tym, iż w praktyce sprawa nie jest aż tak zero-jedynkowa.

Dobrze pokazuje to niedawny wyrok niemieckiego sądu dotyczący logotypów wygenerowanych przy użyciu AI. Sąd oddalił powództwo i odmówił ochrony w tej konkretnej sprawie, ale jednocześnie wyraźnie zaznaczył, iż samo użycie AI nie zamyka automatycznie drogi do ochrony. najważniejsze jest coś innego: czy da się wykazać realny, twórczy wkład człowieka w końcowy rezultat.

W tym wpisie pokazuję:

  • co wynika z tego orzeczenia,
  • dlaczego samo promptowanie może nie wystarczyć,
  • jakie prompty i iteracje sąd uznał za niewystarczające,
  • i co to wszystko może oznaczać na gruncie polskiego prawa oraz w praktyce umownej.

Czy treści stworzone przez AI są utworem?

To jest podstawowe pytanie i jednocześnie punkt wyjścia do całej dalszej analizy. [więcej o tym kiedy powstają utwory pisałam tutaj]

W prawie autorskim nie chodzi o to, czy rezultat jest „ładny”, „profesjonalny” albo „wymagał dużo pracy”. Chodzi o to, czy mamy do czynienia z przejawem ludzkiej działalności twórczej. Samo to, iż coś zostało wygenerowane przez system, nie przesądza jeszcze automatycznie odpowiedzi. Ale równie błędne byłoby założenie, iż każde promptowanie od razu tworzy po stronie użytkownika prawa autorskie.

I właśnie tutaj zaczyna się najważniejsze napięcie: z jednej strony prawo autorskie jest zbudowane wokół człowieka jako twórcy, z drugiej — praktyka pracy z AI pokazuje, iż człowiek często bierze udział w procesie tworzenia w sposób bardziej złożony niż tylko przez naciśnięcie przycisku „generate”.

Dlatego prawidłowe pytanie nie brzmi:
„czy AI może tworzyć utwory?”

Tylko raczej:
„czy w konkretnym rezultacie wygenerowanym przy użyciu AI da się jeszcze wykazać ludzki, twórczy wkład, który uzasadnia ochronę?”

To rozróżnienie jest kluczowe, bo pozwala odejść od uproszczeń:

  • „AI = brak ochrony”
  • „długi prompt = prawa autorskie”

Oba te stwierdzenia są zbyt uproszczone a zatem nierpawdziwe.

Logo wygenerowane przez AI a prawo autorskie.

Temat logotypów jest szczególnie ciekawy, bo właśnie tutaj przecinają się dwa światy:

  • z jednej strony branding, estetyka i twórczość,
  • z drugiej strony potrzeba jasnego ustalenia, kto ma prawa i czy w ogóle jest co przenosić albo licencjonować.

W praktyce bardzo wiele marek, freelancerów i agencji korzysta dziś z AI przy tworzeniu:

  • logo,
  • key visuali,
  • grafik do social mediów,
  • layoutów,
  • materiałów reklamowych.

I bardzo często pojawia się założenie, iż skoro ktoś zapłacił za stworzenie takiego materiału albo sam dopracował prompt, to automatycznie ma „pełne prawa”.

Tymczasem problem jest bardziej złożony.

Jeżeli wynik został wygenerowany w taki sposób, iż zasadnicze decyzje estetyczne, kompozycyjne i wizualne podjęła AI, to obrona tezy o prawie autorskim może być trudna. A jeżeli tak, to od razu pojawiają się kolejne pytania:

  • co adekwatnie przenosimy w umowie,
  • co dostaje klient,
  • czy da się twierdzić, iż powstał utwór w klasycznym sensie prawa autorskiego a może tylko dobro niematerialne?

Właśnie dlatego wyrok dotyczący logo jest tak istotny bo pokazuje problem w bardzo praktycznej formie.

Pamiętaj, iż jeżeli potrzebujesz spersonalizowanych odpowiedzi służę pomocą na prywatnych konsultacjach! Szczegóły znajdziesz tutaj.

Wyrok niemieckiego sądu: AG München, 142 C 9786/25 (logo tworzone przez AI)

Sprawa dotyczyła trzech logotypów wygenerowanych przy użyciu AI. Powód stworzył je z pomocą narzędzia generatywnego, używał na swojej stronie internetowej i twierdził, iż przysługują mu do nich prawa autorskie. Pozwany skopiował te grafiki i również zaczął z nich korzystać. Powód domagał się więc zaniechania i usunięcia, powołując się na naruszenie prawa autorskiego.

Sąd oddalił powództwo. Uznał, iż w tej konkretnej sprawie sporne logotypy nie stanowią utworów chronionych prawem autorskim, bo nie udało się wykazać dostatecznie twórczego, ludzkiego wpływu na rezultat.

I to jest ważne: to orzeczenie nie jest interesujące dlatego, iż „sąd odmówił ochrony”. Dużo ważniejsze jest to, dlaczego odmówił ochrony i jaką granicę próbował postawić między zwykłym promptowaniem a rzeczywistym twórczym ukształtowaniem rezultatu przez człowieka.

To oczywiście wyrok sądu niemieckiego, a nie polskiego. Nie można go więc bezpośrednio przenosić 1:1 na grunt polskiego prawa. Ale jako kierunek myślenia jest bardzo wartościowy — zwłaszcza iż dotyczy problemu, z którym polska praktyka też będzie musiała się mierzyć coraz częściej.

Czy promptowanie daje prawa autorskie?

To jest chyba najważniejsze praktyczne pytanie.

Wiele osób myśli dziś mniej więcej tak:
„Skoro wymyśliłam koncepcję, napisałam prompty, poprawiałam wynik, iterowałam kilka razy, to jestem autorką.”

Tymczasem z tego wyroku wynika, iż samo promptowanie nie wystarczy, jeżeli sprowadza się ono do opisywania celu albo oczekiwanego efektu, a nie do rzeczywistego twórczego ukształtowania rezultatu.

Innymi słowy:
co innego powiedzieć AI:

  • „ma być nowocześnie”,
  • „ma być bardziej artystycznie”,
  • „zrób to minimalistycznie”,
  • „dodaj realizmu”,

a co innego samodzielnie podejmować konkretne decyzje twórcze, które potem AI jedynie wykonuje jako narzędzie.

Z punktu widzenia sądu problem polegał właśnie na tym, iż użytkownik często mówił co chce osiągnąć, ale przez cały czas zostawiał AI decyzję jak dokładnie ten efekt ma zostać zrealizowany wizualnie i estetycznie.

To moim zdaniem bardzo ważna intuicja także na gruncie polskim:
prompt nie jest automatycznie twórczością tylko dlatego, iż został napisany przez człowieka.
Znaczenie ma jego charakter i to, czy faktycznie przekłada się na rozpoznawalny, indywidualny wkład autora w końcowy rezultat.

Czy iteracyjne poprawianie wyniku AI wystarczy do ochrony?

Nie zawsze. I to jest kolejna ważna rzecz, którą ten wyrok dobrze pokazuje.

W praktyce wiele osób uważa, iż skoro pracowały nad wynikiem długo, wracały do niego, poprawiały go, korygowały i testowały różne wersje, to taki proces sam w sobie powinien przemawiać za ochroną.

Sąd powiedział jednak wyraźnie: nie liczy się sama liczba iteracji, tylko ich charakter.

Jeżeli iteracja polega przede wszystkim na:

  • poprawianiu błędów,
  • usuwaniu wad,
  • technicznym doprecyzowaniu,
  • ogólnym wskazywaniu kierunku typu „bardziej realistycznie” albo „bardziej artystycznie”,

to przez cały czas może być za mało, by mówić o twórczym wkładzie człowieka. To jest bardzo istotne, bo oddziela:

pracę nad rezultatem od twórczego ukształtowania rezultatu.

Nie każda praca nad rezultatem będzie twórczością w rozumieniu prawa autorskiego.

Jakie prompty i iteracje okazały się niewystarczające?

To jeden z najciekawszych fragmentów całej sprawy, bo pokazuje problem bardzo konkretnie.

Sąd uznał, iż nie wystarczy ani krótki opis oczekiwanego efektu, ani bardzo rozbudowany prompt, jeżeli przez cały czas to AI podejmuje istotne decyzje estetyczne.

Za zbyt ogólne uznano m.in. sformułowania takie jak:

  • “Design an original, abstract logo”
  • “The design should be modern, minimal, and distinctly original”
  • “Style: Clean flat design with custom geometric abstraction”

Sąd nie uznał też za wystarczające takich iteracyjnych poleceń jak:

  • “those finger must be white skinned, please”
  • “The last image seems to be broken. Recreate it please”
  • “Make the hands a bit more filigree”
  • “add a more realistic touch to the hands”
  • “make the bell look more artistic”

Dlaczego?

Bo część z tych poleceń została potraktowana jako:

  • poprawianie błędów,
  • techniczne doprecyzowanie,
  • albo przez cały czas zbyt otwarte wskazówki, które nie odbierały AI zasadniczej decyzji twórczej.

I to jest moim zdaniem sedno:
nie wystarczy instruować AI, jaki efekt ma dać.
Żeby myśleć o ochronie, trzeba byłoby raczej wykazać, iż to człowiek nadał rezultatowi jego własny, rozpoznawalny kształt twórczy.

AI w umowach – na co uważać?

To jest sekcja, która ma ogromne znaczenie praktyczne. Bo choćby jeżeli spór o utwór wydaje się teoretyczny, to w realnym biznesie gwałtownie przekłada się on na bardzo konkretne pytania:

  • co klient adekwatnie kupuje,
  • co freelancer albo agencja mogą obiecać,
  • czy da się skutecznie przenieść prawa,
  • czy można udzielić licencji wyłącznej,
  • kto odpowiada, jeżeli ochrona okaże się wątpliwa.

Jeżeli materiały są tworzone z udziałem AI, to umowa powinna co najmniej porządkować:

  • czy wykonawca używa narzędzi AI,
  • na jakim etapie ich używa,
  • które narzędzia są dozowlone, a które to absolutny “no go”
  • jaki jest zakres ludzkiego wkładu,
  • jakie oświadczenia składa co do praw
  • i najważniejsze – co jest rezultatem? (utwór czy dobro niematerialne)

Wnioski dla biznesu i twórców.

Najważniejszy wniosek z tego wyroku nie brzmi:
„AI = brak ochrony”.

Brzmi raczej tak:
ochrona może być możliwa, ale nie wynika automatycznie ani z użycia AI, ani z samego promptowania.

I właśnie dlatego to temat dużo poważniejszy, niż wielu osobom się wydaje.

Bo problem nie pojawia się na etapie „generowania”.
Problem pojawia się później — gdy klient myśli, iż kupił pełne prawa, marka inwestuje w identyfikację lub kampanię, a dopiero przy sporze okazuje się, iż status prawny materiału jest niepewny.

To jest też realne ryzyko shadow AI.
Nie dlatego, iż samo AI jest „zakazane”, ale dlatego, iż jego użycie bywa nieprzejrzyste: bez jasnych zasad, bez poinformowania klienta i bez odpowiednich zapisów w umowie.

A tego typu błędów często nie da się już łatwo odwrócić.

Dlatego dziś najważniejsze jest nie tylko to, czy AI była używana, ale też:

  • w jakim zakresie,
  • z jakim wpływem na rezultat,
  • i co rzeczywiście da się bezpiecznie przenieść albo licencjonować.

Przejrzystość korzystania z AI wobec klienta nie jest już „dobrą praktyką”.
Coraz częściej jest po prostu elementem rzetelnego doradztwa i bezpiecznej umowy.

Bo w świecie AI problemem coraz częściej nie jest samo narzędzie, ale brak jasności co do tego, jak zostało użyte i jakie ryzyka z tego wynikają.

Jeśli tworzysz, zlecasz albo kupujesz materiały powstające z udziałem AI i chcesz to dobrze poukładać od strony prawnej — zapraszam do kontaktu. Pomagam przełożyć te ryzyka na konkretne zapisy umowne i praktyczne rozwiązania.

PS. Skoro mowa o transparentności: ten post napisałam sama, a AI pomogło mi jedynie uporządkować i wygładzić warstwę językową.

Nazywam się Ela Szymanek, jestem prawniczką i twórczynią kancelarii Peace & Law. Tworzę rozwiązania prawne, które nie tylko chronią firmy, ale też wspierają ich rozwój, wzmacniają sprawczość i dają większą pewność w działaniu.

Wraz z zespołem ogarniam dla klientów prawa autorskie, nowe technologie, e-commerce, umowy i szeroko rozumiany biznes online. Z wielką pasją edukuję z prawa na blogu, webinarach, festiwalach, prelekcjach a w przeszłości także na uczelni WSB Merito na kierunku “E-marketing i e-commerce. Biznes w Internecie.”

Potrzebujesz pomocy prawnej? Napisz tutaj!

Idź do oryginalnego materiału