Opłata reprograficzna: płacisz ty, kradnie OZZ, Google się śmieje

konto.spidersweb.pl 3 godzin temu

30 kwietnia ministra kultury Marta Cienkowska podpisała nowelizację rozporządzenia o opłatach reprograficznych. od dzisiaj telefony, tablety, laptopy i telewizory objęte są jednoprocentową opłatą od ceny urządzenia. Szacowane wpływy: 150–200 mln zł rocznie, wobec zaledwie 38,5 mln zł zebranych w całym 2024 r.

Ministerstwo mówi: to rekompensata dla artystów. Branża na to: to podatek od konsumentów. Cóż, obie strony mają rację i obie milczą o tym, co naprawdę warto powiedzieć głośno.

Bo w tej historii są 3 postaci. Ty — który zapłacisz. Twórca — który dostanie część. I organizacje zbiorowego zarządzania, czyli OZZ — które zbiorą wszystko, podzielą według własnego uznania i od lat nie potrafią wytłumaczyć, co dzieje się z pieniędzmi po drodze. Do tego pozostało czwarty gracz, który w całej tej debacie nie pada ani razu: Google i AI — które korzystają z cudzej twórczości na masową skalę i nie płacą nikomu nic.

Idea jest słuszna. Serio

Zacznę od czegoś, co w debacie o opłacie reprograficznej jest rzadkością: uczciwe przyznanie, iż sam mechanizm ma sens. Prawo autorskie od zawsze dopuszcza kopiowanie treści na własny użytek. Możesz legalnie skopiować album muzyczny na dysk, zrobić zdjęcie okładki książki, zapisać film na własnym urządzeniu. Twórca na tym traci — nie dostaje ani grosza.

Problem w tym, iż ostatnia poważna aktualizacja listy urządzeń objętych opłatą miała miejsce w 2008 r. Od tamtej pory na liście figurowały faksy, magnetowidy VHS i nagrywarki DVD. Dziś, jeżeli w ogóle, to kopiujemy treści na telefonach, laptopach, tabletach — urządzeniach, które przez 15 lat pozostawały poza systemem. W efekcie wpływy z opłat reprograficznych w Polsce od wielu lat należały do najniższych w Unii Europejskiej. Aktualizacja listy urządzeń do realiów 2026 roku jest więc nie tylko sensowna — jest po prostu spóźniona o dekadę.

Ale tu zaczyna się to, o czym nikt nie mówi

Pieniądze nie trafiają bezpośrednio do twórców. Trafiają do organizacji zbiorowego zarządzania — OZZ. Do ZAiKS-u, ZPAV, STOART, SAWP i kilku innych podmiotów, które zbierają środki, a potem je dzielą.

Ministerstwo kultury zdaje sobie z tego sprawę na tyle dobrze, iż przy okazji podpisania nowelizacji rozporządzenia od razu skierowało do wszystkich OZZ pismo nadzorcze, wzywając do „należytej kontroli kosztów poboru, podziału i wypłaty środków” i zapowiadając, iż „resort nie będzie akceptował sytuacji, w której zwiększone wpływy z opłat zostaną wykorzystane do nieuzasadnionego wzrostu kosztów własnych organizacji”.

Zatrzymajmy się chwilę przy tym zdaniu. Ministerstwo właśnie podpisało rozporządzenie rozszerzające system — i w tym samym komunikacie ostrzega organizacje, które będą te pieniądze zbierać, żeby ich… nie ukradły. OMG.

No, ale cóż – OZZ w Polsce mają długą historię problemów z transparentnością. Nie są instytucjami publicznymi, działają jako stowarzyszenia, a kontrola nad nimi przez lata kulała. Pytanie „ile z zebranych pieniędzy trafia do twórców, a ile na koszty własne organizacji” jest pytaniem, na które odpowiedź nie jest ani łatwa, ani oczywista.

Jeden procent. Ale od czego adekwatnie?

Ministerstwo zapewnia, iż opłata będzie nieodczuwalna dla konsumentów. Jeden procent ceny netto urządzenia — przy telefonie za 3 tys. zł to 30 zł. Drobiazg.

Tyle iż ta opłata nie jest płacona przez konsumentów. Płacą ją producenci i importerzy urządzeń. Choć formalnie płacą ją firmy, to ostatecznie i tak koszt ten jest zwykle doliczany do ceny końcowej produktu, więc to konsumenci ponoszą ten ciężar.

Czy to w ogóle ma sens w 2026 roku?

I tu dochodzimy do pytania, które jest prawdziwym sercem tej debaty, a które w Polsce prawie w ogóle się nie pojawia.

Opłata reprograficzna była odpowiedzią na świat, w którym kopiowanie treści odbywało się na własnych urządzeniach. Nagrywałeś płytę na kasetę. Kopiowałeś film na VHS. Zgrywałeś muzykę na MP3. Treść była twoja, urządzenie było twoje i nikt cię za to nie ścigał.

Dziś ten świat przestał istnieć. Dziś słuchasz muzyki na Spotify — i nie kopiujesz niczego. Oglądasz filmy na Netfliksie — i nie kopiujesz niczego. Czytasz e-booki na Kindle — i nie kopiujesz niczego. Płacisz abonament co miesiąc, twórca dostaje tantiemy za każde odtworzenie, platforma dolicza swoją marżę. Mechanizm wynagrodzenia za korzystanie z treści już więc istnieje i działa bez opłaty reprograficznej.

Czytaj także:
Co to jest opłata reprograficzna? Nie, to nie podatek od piractwa
Telefony z nową opłatą. Tyle zapłacisz
Smartfony z nową opłatą. Czy zapłacimy więcej w sklepie?

Kto dziś faktycznie masowo kopiuje treści na własne urządzenia? Garstka użytkowników, którzy pobierają muzykę z YouTube’a. I piraci — którzy i tak tej opłaty nie zapłacą, bo kupują sprzęt poza legalnym obiegiem lub po prostu w ogóle go nie kupują.

Ściągamy więc pieniądze od wszystkich kupujących telefony — w tym od milionów użytkowników Spotify i Netfliksa, którzy nie kopiują niczego — żeby zrekompensować twórcom straty od garstki, która kopiuje. To logika rodem z lat 90., przyłożona do rzeczywistości 2026 r. Dramat.

Kto naprawdę powinien płacić?

Jeśli już szukamy sprawiedliwości, to są przecież podmioty, które naprawdę korzystają na twórczości bez płacenia za nią odpowiedniej kwoty. I nie są to wcale kupujący telefony. To Google, który zbudował swoją wyszukiwarkę na cudzych treściach. To platformy streamingowe, które latami płaciły twórcom ułamki groszy za odtworzenia. To AI, która trenuje modele na milionach książek, artykułów i piosenek bez żadnej rekompensaty dla ich autorów.

Opłata reprograficzna tych problemów nie rozwiązuje. Zamiast tego dokłada kilkadziesiąt zł do ceny urządzenia kupowanego przez kogoś, kto i tak płaci co miesiąc za Spotify.
To trochę jak pobieranie opłaty od właścicieli samochodów za to, iż komuś skradziono rower.

Tak dla idei, pytania dla mechanizmu

Aktualizacja listy urządzeń? Słuszna i spóźniona. Idea rekompensaty dla twórców? Uczciwa i potrzebna. Ale mechanizm, który zbiera pieniądze od wszystkich, przekazuje je przez organizacje o niejednoznacznej historii transparentności i robi to w oparciu o założenie z 1994 r.? Akurat to wymaga poważnej debaty, której Polska w ogóle nie odbyła.

No, ale nowe 200 mln zł rocznie trafi do systemu. Jakoś jestem dziwnie przekonany, iż nie dotrze do tych, dla których jest przeznaczone.

Idź do oryginalnego materiału