Samochody z Chin podobijają rynek UE. Tutejsze koncerny już choćby nie próbują się bronić i do swoich fabryk zamierzają wpuścić koncerny z Państwa Środka.
Europejskie fabryki samochodów działają na pół, a choćby ćwierć gwizdka. Powód jest oczywisty – z powodu absurdalnych przepisów UE produkcja aut jest tu zbyt droga. Na przykład wytwarzane w Europie auta miejskie są gorzej wyposażone i droższe od chińskich SUV-ów.
Klienci gwałtownie dostrzegli tę różnicę i coraz chętniej kupują samochody z Chin. W 2025 roku w Niemczech i we Francji chińskie samochody stanowiła około 5 proc. wszystkich nowo sprzedanych aut. Ale we Włoszech było to już prawie 8,5 proc. (128 600 sztuk). W Polsce udział był nieco mniejszy – 8 proc. – ale widoczna jest dynamika. Niemal z każdym miesiącem udział chińskich marek wzrastał, by w październiku osiągnąć 10 proc.
Te dane powinny włączyć syreny alarmowe w siedzibach europejskich rządów, Komisji Europejskiej oraz gabinetach szefów tutejszych koncernów motoryzacyjnych. Europa przegrywa walkę o rynek i jeżeli fabryki będą przez cały czas produkować tak drogo, nic nie uchroni ich przed wcale nie takim powolnym upadkiem. Zwłaszcza iż kryzys w branży pogłębia się po wprowadzeniu ceł na samochody przez USA (w efekcie zysk niemieckich koncernów spadł o połowę).
Wyjściem z kryzysu byłoby szybkie odejście od destrukcyjnej polityki klimatycznej i energetycznej Unii Europejskiej, obniżenie absurdalnych norm emisyjnych oraz obniżenie kosztów pracy (na przykład poprzez odejście od ESG, polityki równościowej i socjalnej itp.) oraz podobne do amerykańskich ulg podatkowych na badania rozwojowe. Nic takiego jednak się nie dzieje. Mimo potoku słów Unia dalej chce zbawiać świat poprzez ograniczanie emisji CO2 oraz podnosić ceny energii rozwijając OZE.
Zaś koncerny motoryzacyjne do niewykorzystanych w pełni hal chcą wprowadzić… chińskie koncerny. Propozycje takie zgłosiły właśnie gigant Stellantis (m.in. Citroen, Peugeot, Opel, Fiat, Alfa Romeo, Jeep, Maserati, Chrysler) oraz Mercedes, a wcześniej także Volkswagen. Dzięki temu firmy z Państwa Środka nie będą już eksportowały samochodów do UE, ale zmontują je na miejscu. Co prawda przez pewien czas zapewnią pracę zatrudnionym tam Niemcom, Francuzom czy Włochom, ale w efekcie ceny tych samochodów będą jeszcze niższe, czyli tym skuteczniej rozprawiają się z europejską konkurencją.
W ten sposób dokonuje się ostatni akt motoryzacyjnego samobójstwa Europy. Najpierw tutejsze koncerny – głównie niemieckie – wyeksportowały swoją technologię do Chin, postawiły tam fabryki i wykształciły fachowców. Potem pozwoliły, by Chińczycy bezkarnie kopiowali ich produkty, czyli w rzeczywistości dokonali przejęcia technologii na własność. Zanim się zarozumiali Europejczycy – głównie Niemcy – zorientowali, co się dzieje, Chińczycy unowocześnili skopiowane konstrukcje i zaczęli je eksportować do Europy, podbijając tutejszy rynek.
Nie pojawiała się choćby próba obrony poprzez przejściowe cła zaporowe i uwolnienie rynku, ale jest za to spektakularne zaproszenie lisa – czy może bardziej smoka – do kurnika.
Europa, której samochody przez dziesięciolecia były symbolem luksusu i elegancji, przejadła swój sukces. Nie stworzyła żadnej nowej gałęzi gospodarki. Zarządzana centralnie przez rządy gospodarka spełniała oczywiście zadania państwa dobrobytu, ale jednocześnie nie inwestowała w innowacje. Dlatego nie produkuje telefonów – jak Korea Południowa czy USA – nie zbudowała wielkich koncernów cyfrowych, zapewniających przewagę technologiczną i finansową Stanom Zjednoczonym. Nie dostrzega potrzeby inwestowania miliardów euro w sztuczną inteligencję.
Jakby dalej żyła wspomnieniem o swoim wspaniałym dieslu.
Felietony publikowane na naszej stronie przedstawiają poglądy autora, a nie oficjalne stanowisko Warsaw Enterprise Institute.

1 dzień temu




