Stało się. Już obowiązują nowe przepisy, w myśl których Państwowa Inspekcja Pracy może nakazać przekształcenie umowy cywilnoprawnej w klasyczną umowę o pracę. Ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk obwieszcza koniec cwaniakowania przez przedsiębiorców, którzy – jej zdaniem – dbali głównie o swój zysk, a nie dobro pracowników. Ta karygodna postawa będzie teraz nie tylko moralnie napiętnowana, ale wręcz karana. Przy okazji ucierpią… pracownicy, ale żeby to wiedzieć, trzeba szerszego spojrzenia, niż nakazuje to lewicowa doktryna ministry.
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, klasycznym już zabiegiem, dzieli przedsiębiorców na tych uczciwych i cwaniaków. Ci pierwsi zatrudniają na etat, szanują prawo do urlopu, wypłacają nadgodziny. Cwaniaki „omijają kodeks pracy po to, żeby płacić niższe podatki, móc pozbyć się pracownika z dnia na dzień, nie przejmować się urlopem macierzyńskim. Czerpać z pracy pracowników zyski, ale nie ponosić za nich odpowiedzialności”. I dodaje: „Bezczynność państwa przez lata promowała nieuczciwą konkurencję. Promowani byli cwaniacy, a nie uczciwi, ciężko pracujący przedsiębiorcy”.
Jestem pracodawcą i przedsiębiorcą od początku ustrojowej transformacji. I zapewniam panią ministrę, iż świat nie jest czarno-biały. Nie jest tak, iż umowy cywilnoprawne (B2B, zlecenia) ze swojej natury uszczuplają przywileje drugiej strony w stosunku do klasycznego etatu. Owszem, nie podpadają one pod Kodeks pracy, ale zawierać mogą zapisy gwarantujące wszystkie prawa w nim zapisane. Co więcej, mogą te prawa znacząco rozszerzać, jak ma to miejsce w przypadku wielu kontraktów menedżerskich. W ten sposób osoba działająca na JDG praktycznie nic nie traci, a wiele zyskuje.
Nie jest bowiem zawsze tak, iż to pracodawcy cwaniakują, wypychając ludzi na samozatrudnienie. Równie często osoby aplikujące do pracy same domagają się właśnie takiego modelu. Tylko po to, by więcej zarabiać i nie wiązać się sztywną umową, z której wynikają prawa, ale też obowiązki. A może więc to pracownicy coś tu cwaniakują? Nie, o nich tego powiedzieć tak nie można, bo – jak mówi pani ministra – „Reprezentowanie pracowników to zadanie, rola i DNA formacji lewicowej”. Spieszę więc z wyjaśnieniem, jak to wygląda w praktyce, a nie zza ministerialnych biurek, przy których siedzą ludzie, którzy często sami na wolnym rynku nie zarobili złotówki.
Pewnie to wynik wciąż słabej edukacji, ale kandydata do pracy głównie interesuje wynagrodzenie „na rękę” i o tym tylko chce rozmawiać z potencjalnym szefem. Zawiłości ubezpieczeniowe, podatki i ich skala mało ich interesują, są trudne do zrozumienia. Pracodawcę interesuje zaś, ile pracownik będzie go kosztować, często ma na dane stanowisko określony budżet. Gdy to się wszystko rozpisze, owe „na rękę” jest możliwe, ale w formacie B2B, a nie droższym zatrudnieniu etatowym. I taką też formę pracownik dobrowolnie wybiera, często wręcz się jej domaga. Szczególnie przy wyższych zarobkach, gdzie na etacie straszy drugi, wysoki próg podatkowy. Wszyscy są zadowoleni, więc komu to aż tak przeszkadzało?
Przeszkadzało Brukseli, która uzależniła wypłatę środków z KPO od rozprawienia się przez Polskę z umowami tego typu. Powód wydaje się prosty i nie jest to troska o polskiego pracownika. Wyżej opodatkowana praca to większe koszty przedsiębiorców, mniej konkurencyjne ceny towarów i usług. Polska przez lata konkurowała względnie tanią siłą roboczą, co nie podobało się w europejskich stolicach. Przyszedł czas i pretekst, żeby z tym skończyć. W imię rzekomej sprawiedliwości społecznej i praw pracowniczych. Cwaniactwo?
Ale też rządzący w Polsce mają w tym wyraźny cel. Likwidacja umów cywilnoprawnych to większe wpływy do dziurawego budżetu, więcej pieniędzy dla ZUS na wypłaty emerytur. Gdy zawiodły wszystkie sposoby na poprawę naszej demografii, gdy narasta niechęć do świadczących pracę migrantów, jedynym sposobem na uniknięcie głodowych emerytur jest właśnie zwiększenie składki, ściągnięcie jej od tych, którzy płacili minimalną (B2B) lub nie płacili wcale (umowy o dzieło). I znowu pod pozorem troski o jesień życia w tej chwili pracujących narzuca się większe daniny. Cwaniactwo?
Tak, i na dodatek pozbawienie ludzi możliwości wyboru w myśl zasady, iż państwo wie lepiej, co obywatelom potrzebne. Przyjmuje się w tym myśleniu, iż celem wszystkich pracujących jest wysoka emerytura, a tę zapewnić może tylko klasyczna umowa o pracę. jeżeli tego ktoś nie rozumie, trzeba na siłę go w tym wyręczyć. choćby jeżeli jego dobrą starość już teraz gwarantuje kapitał rodzinny, jeżeli woli sam inwestować w nieruchomości czy na rynkach finansowych, to w imię mitycznego solidaryzmu ma płacić latami wysoką składkę, by system się nie zawalił. A może to system jest źle zbudowany, skoro już się wali?
Może warto wrócić do idei emerytury obywatelskiej na jakimś niskim poziomie, ale takim, za który jakoś da się żyć. Wówczas cała dyskusja o różnych typach umów i wysokości odprowadzanych składek straci na znaczeniu. Każdy będzie kowalem swojego losu. Ale do tego potrzebna jest wiara w to, iż człowiek sam najlepiej wie, co robić ze swoimi pieniędzmi, i niepotrzebne mu wytyczne lewicowej pani ministry z armią urzędników PIP ścigających cwaniactwo nie tam, gdzie trzeba.
Na koniec, dla pewności, sięgam do „Wielkiego Słownika Języka Polskiego”, by sprawdzić definicję. Otóż cwaniactwo to „cecha kogoś, kto radzi sobie w każdej sytuacji i czerpie z nich korzyści dla siebie”. W takim sensie to zaradność, konieczny atrybut dobrego przedsiębiorcy.

3 tygodni temu


